Opuszczone na dno tzw. ROVs (Remotely Operated Vehicles), czyli zdalnie kierowane pojazdy podwodne o rozmiarach niewielkich domów mieszkalnych nie tylko zniszczą dno, ale i będą generować unoszące się w wodzie osady. Należy się też spodziewać wycieków smarów.

Rząd Polski planuje, że już za 7 lat, w 2025 roku, po polskich drogach będzie jeździć 1 mln pojazdów elektrycznych. Ten zwrot ku elektromobilności ma pchnąć polską gospodarkę ku innowacyjności. Wszystko jednak ma swój koszt. Wyprodukowanie akumulatorów wymaga metali, których lądowe złoża się wyczerpują. W swoim pędzie po surowce ludzkość próbuje więc sięgać do oceanicznych głębin, ze skutkami, które z pewnością przyniosą tyleż pożytku, co i szkód. A jednym z pierwszych w wyścigu jest Polska.

Polski entuzjazm. Część pierwsza

Elektromobilność nabrała popularności w ostatnich kilku latach, czego odzwierciedleniem jest Plan Rozwoju Elektromobilności w Polsce, opublikowany już w 2016 przez Ministerstwo Energii. Jej rozwój ma przynieść Polsce różnorakie korzyści.Potrzebne lepsze zarządzanie popytem na energię (pamiętacie ograniczenia zasilania z sierpnia 2015? Wtedy zabrakło mocy systemie energetycznym). Przydatne byłoby ograniczenie importu ropy, która kosztuje od 2 do 4% PKB Polski, co jest równoważne kwocie10-20 mld USD rocznie. Ponadto skupienie transportu w miastach generuje zanieczyszczenia, w Warszawie aż 63% z nich.

Jednakże, jednym z najważniejszych elementów samochodu elektrycznego jest jego bateria. To one mają stabilizować polski system energetyczny, pobierając prąd w trakcie tzw. „doliny nocnej”. Zatem, jeśli w Polsce mają być produkowane samochody elektryczne, to niezbędne są różnorodne surowce. A te, w świecie konkurencji z dynamicznie rozwijającymi się państwami globalnego Południa stają się coraz ciężej dostępne. W szczególności w cenie jest kobalt. W baterii samochodu jest wykorzystywane aż 10 kg tego pierwiastka, którego wartość sięgała w zimie 2018 niecałe 3 tys. PLN.

Polski entuzjazm. Część druga

Postępy w rozwoju technologii powodują, że w polskich mediach znajdujemy entuzjastyczne informacje o potencjale drzemiącym na pod wodą. Rzeczpospolita pisze, że samochody będą napędzać akumulatory z dna oceanu”,Wyborcza o tym, że odkryto „japońskie eldorado w Pacyfiku” a Państwowy Instytut Geologiczny raportuje, że „atlantycki sezam otwiera się przed Polską”. Uchwałą Rady Ministrów ustanowiono zaś w 2017 roku wieloletni program „Program Rozpoznania Geologicznego Oceanów”–PRoGeO. Jego łączna wartość w latach 2017-2032 ma sięgnąć ponad 530 mln. PLN.

To polskie zainteresowanie bogactwami oceanu ma źródło jeszcze w czasach słusznie uważanych za minione. W zeszłym roku swoje XXX-lecie świętowała organizacja Interoceanmetal Joint Organization (IOM), do której również należą Czechy, Rosja, Słowacja, Bułgaria, Kuba. Organizacja ta posiada licencję na eksplorację działki na obszarze Centralnego Pacyfiku, położoną na głębokości ponad czterech kilometrów, bogatą w konkrecje polimetaliczne. W 2018 roku Polska, po Francji i Rosji, tym razem samodzielnie uzyskała prawo do poszukiwań na Atlantyku, wcześniej płacąc za wniosek 0,5 mln USD. Co zaskakujące teren, o który aplikowało polskie Ministerstwo Środowiska pokrywa się z obszarem uznanym za szczególnie istotnie biologicznie, zawierającym wyjątkowe w skali świata formy i w związku z tym badanym od wielu lat.

Podmorski korowód śmierci

Jak będzie wyglądać górnictwo podmorskie? Będą je prowadzić opuszczone na dno tzw. ROVs (Remotely Operated Vehicles), czyli zdalnie kierowane pojazdy podwodne o rozmiarach niewielkich domów mieszkalnych i wadze przekraczającej ciężar największego zwierzęcia na ziemi, czyli wieloryba.

 

 

Zazwyczaj planuje się użycie trzech tego typu maszyn. Przykładowe zostały opracowane przez brytyjską firmę SMD. Pokryte fałdami dno będzie wyrównywała 250 tonowa maszyna pomocnicza za którą będzie podążać 310 tonowy kombajn górniczy o długości 14 metrów miażdżący i kruszące podwodne formy życia. Ten korowód podwodnej śmierci zamykać będzie równie olbrzymi pojazd o funkcji wielkiego odkurzacza, który będzie zasysał pokruszone dno morskie i pompował na powierzchnię do statku przetwórczego, gdzie nastąpi wstępny odzysk metali. To co nie potrzebne zostanie zwrócone do oceanów.

Co stracimy?

Dno morskie jest domem dla różnych form życia. Na przykład, na obszarze pokrytym konkrecjami polimetalicznymi przebywa dwa razy więcej form żywych w porównaniu do terenów ich pozbawionych.Dzięki kominom hydrotermalnym, na których „rosną” siarczki, egzystuje zaś co najmniej 600 gatunków podmorskiego życia. Uruchomienie górnictwa będzie więc oznaczało więc niszczenie różnorodności biologicznej.A zbadano jedynie 5% oceanów. Naukowcy twierdzą nawet, że wiemy więcej o powierzchni Marsa i Wenus, niż o głębinach oceanicznych. A to właśnie z tych obszarów pochodzą substancje będące podstawą np. leków na nowotwory czy HIV.

Górnictwo podmorskie nie tylko zniszczy dno, ale i będzie generować unoszące się w wodzie osady, zaburzające równowagę biologiczną. Dodatkowo, olbrzymie maszyny pracujące będą generować hałas, a ponadto, niemal z całkowitą pewnością, należy spodziewać wycieków smarów.

 Konstruowane obecnie kombajny do zbierania konkrecji polimetalicznych z dna będą oczywiście powodowały lokalne zaburzenie ekosystemu i jego unicestwienie, ale również będą powodowały usunięcie z powierzchni dnia oceanicznego wierzchnich warstw osadów. Ponieważ konkrecje polimetaliczne to struktury powstające na przestrzeni milionów lat, odtworzenie tego ekosystemu w najbliższym czasie nie będzie możliwe – prof. Magdalena Błażewicz z UŁ w rozmowie z PAP]

Dlatego rośnie sprzeciw wobec uruchamiania górnictwa podmorskiego. Protestują nie tylko organizacje chroniące przyrodę, ale również grupy próbujące zachować tradycyjną, związaną z wodą, kulturę Pacyfiku. Obszerny materiał na temat górnictwa podwodnego pokazuje ciemną stronę wydobycia, która zwykle jest przemilczana przez entuzjastów pozyskiwania podmorskich minerałów.

Można to zrobić inaczej

Los dna podmorskiego wydaje przesądzony, bowiem popytu ze strony rosnącej ludzkiej populacji nie da się zatrzymać. Paradoksem jest, że za jego część odpowiadają tzw. „zielone technologie” wytwarzania energii – oraz jej przechowywania. W wyścig po podmorskie bogactwa włączone są wszystkie liczące się kraje, zarówno rozwijające się, jak i rozwinięte. Są wśród nich nie tylko Polska, ale i Belgia,Brazylia,Czechy, Chiny, Francja, Niemcy, Indie, Japonia, Korea Płd., Rosja czy Wielka Brytania.

Warto jednak szukać alternatyw. Geopolityczny potencjał obniżenia zależności od zewnętrznych dostawców tkwi w politykach ochrony środowiska, które ograniczają konsumpcję minerałów i promują ich odzysk. To zaś wiąże się z koncepcją gospodarki o obiegu zamkniętym w której nie marnuje się surowców. Potencjał tkwi również w ekonomii współdzielenia, która będzie wpływać na ograniczenie produkcji dóbr.

Podwodne bogactwo – efekt milionów lat pracy przyrody

Bogactwo minerałów kryje się w trzech rodzajach form dna morskiego, zalegających na głębokościach od kilkuset metrów po kilka kilometrów. Pierwsze z nich to tzw. konkrecje polimetaliczne – to pokrywające dno grudy, o wielkości porównywalnej z jabłkami. Charakteryzują się wysoką zawartością manganu, niklu, miedzi, kobaltu, żelaza, litu i tytanu. Drugie to tzw. naskorupienia kobaltonośne. Jak sama nazwa wskazuje zawierają duże ilości kobaltu, potrzebnego do baterii samochodów elektrycznych, nawet do 10 razy więcej niż złoża lądowe. Oprócz tego zawierają platynę, metale ziem rzadkich i inne pierwiastki. Trzeci rodzaj to tzw. masywy polimetalicznych siarczków, które tworzą się w miejscach, gdzie których gorąca woda wypływa z dna do oceanu tworząc tzw. kominy hydrotermalne. Mieszczą w sobie miedź, cynk, złoto i srebro, a także kadm, kobalt, nikiel, german, bizmut i metale ziem rzadkich.

Co istotne, wszystkie te formy powstają tak wolno, że niemal niezauważalnie. W ciągu miliona lat konkrecje polimetaliczne przyrastają o ok. 1-10 cm. Naskorupienia w tym samym czasie zaś urosną o 1-5 milimetrów. Oznacza to, że uruchamiając górnictwo podmorskie zniszczymy je nie odwracalnie. Dla porównania, istnienie gatunku ludzkiego, w takiej formie w jakiej znamy go dzisiaj, jest oceniane na nieco ponad 300 tys. lat.

Zobacz także