W wyniku połączenia nauki, techniki i sztuki Japończycy stworzyli całkiem nowy rodzaj galerii. Zwiedzający mają mieć wrażenie „zanurzenia” w innej rzeczywistości. Bilety kosztują 3200 YPY (odpowiednik 100 zł) i często trzeba je rezerwować z wyprzedzeniem.

Muzeum cyfrowe (właściwa nazwa brzmi: Mori Building Digital Art Museum: teamLab Borderless) zostało stworzone przez kolektyw TeamLab, złożony z artystów tworzących ultra-nowoczesną sztukę opartą na najnowszych osiągnięciach technologii,. Celem ekspozycji jest zaoferowanie doświadczenia, które obejmuje wszystkie zmysły i przekracza granice. Zwiedzający mają mieć wrażenie „zanurzenia” w innej rzeczywistości.

Oto film promujący Cyfrowe Muzeum:

 

Muzeum składa się z przenikających się przestrzeni (ponad 10 tyś. metrów kwadratowych) rozłożonych na dwóch piętrach, po których zwiedzający mogą wędrować w dowolnym kierunku, zatrzymując się, żeby przyjrzeć się, dotknąć czy posłuchać wybranych instalacji. Niektórych dzieł, jak np. kwiatowego ogrodu można też powąchać! Ponieważ projektowanie obrazy wciąż się zmieniają, a do dzieł sztuki dołączają kolejne instalacje, żadne dwie wizyty w muzeum nie będą identyczne. Dzięki specjalnej aplikacji zwiedzający mogą sterować częścią animacji. Niektóre przestrzenie zaprojektowano z myślą o stymulowaniu rozwoju dzieci, które jedocześnie świetnie się bawią skacząc na trampolinach czy zjeżdżając ze zjeżdżalni w bajkowym otoczeniu tworzonym przez animacje. Ten niezwykły świat istnieje dzięki działaniu 520 komputerów i 470 projektorów. 

Zwiedzający są zachwyceni. Komentują w Internecie: „Stałem pod wodospadem, rozrzucałem płatki kwiatów, pływałem z ławicami ryb, błądziłem pośród pól ryżowych i unosiłem się wśród gwiazd” albo „to coś niesamowitego, żadne zdjęcia nie są w stanie oddać tego doświadczenia, ale nie zabrać tu ze sobą aparatu to grzech”.

Zdjęcia zamieszczone w recenzjach Google przez zwiedzających muzeum cyfrowe

 TeamLab, zespół stojący za cyfrowym muzeum, został założony w 2001 r. przez japońskiego artystę-inżyniera Toshiyuki Inoko wraz z grupą kolegów ze studiów, obecnie zaś skupia 400 artystów, programistów i naukowców. „Naszym celem jest znoszenie granic: między sztuką a techniką, między tradycyjnie oddzielnymi dziełami sztuki oraz między dziełem sztuki a widzem” – mówi Inoko.

Zobacz także: Zdrowy styl życia może wcale nie wyjść Ci na zdrowie. Epidemia wellness

Większość dzieł tworzą interdyscyplinarne zespoły, w związku z czym instalacje nie są podpisane nazwiskami twórców. Zanim otwarto stałą ekspozycję cyfrowego muzeum w Tokio, mniejsze wystawy tego typu organizowano w Londynie, Dubaju i USA. Muzeum nie jest jednak całkiem kosmopolityczne – wiele z motywów, które znajdziemy w animacjach – pola ryżowe, kwiaty wiśni, lampiony, kaligrafowane litery są typowo Japońskie, podobnie jak niektóre idee filozoficzne przyświecające twórcom.

Magiczna herbata

Jak przystało na japoński przybytek kulturalny, Muzeum Cyfrowe ma też wydzieloną salę do picia herbaty. Nie spodziewajcie się jednak tradycyjnej analogowej ceremonii – po nalaniu napoju, w filiżance ukaże się… otwierający się kwiat, który przy każdym łyku będzie uwalniał kolorowe płatki. Wszystko dzięki miniaturowym projektorom, które tworzą spektakl (niemalże) w kropli wody.

Cyfrowe muzeum ma wzmocnić pozycję Tokio jako stolicy kulturalnej i wpisuje się w przygotowania do Olimpiady 2020. Znajduje się na stworzonej ludzką ręką wyspie Odaiba. Bilety do muzeum kosztują 3200 YPY (odpowiednik 100 zł) i często trzeba je rezerwować z wyprzedzeniem – w przeciwnym wypadku czeka nas kilkugodzinne oczekiwanie w kolejce do wejścia.

 

 

Zobacz także